26 kwietnia 1986 roku, dokładnie 24 minuty po godzinie pierwszej w nocy, w czarnobylskiej elektrowni atomowej nastąpiła awaria, którą określa się mianem katastrofy.
Czernobyl, miasto w północnej części Ukrainy, na północ od Kijowa, przy ujściu Prypeci do Zbiornika Kijowskiego, przy granicy z Białorusią. 14 tys. mieszkańców (1986), po awarii w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej ludność ewakuowano.
Czarnobyl jest często nazywany "największą
katastrofą spowodowaną przez człowieka". Określenie to
jest słuszne, jeżeli chodzi o powszechny lęk, jakiego w
okresie pokoju nigdy jeszcze nie doświadczyliśmy. Jednak pod
innymi względami ta katastrofa była daleka od "największej".
Na przykład, emisja jodu-131 z czarnobylskiego reaktora była
180 razy mniejsza niż
z wybuchów jądrowych przeprowadzonych w rekordowym 1962 roku, a
liczba zgonów (41) i ciężkich obrażeń (203) blednie wobec
innych katastrof w XX wieku. Warto zwrócić uwagę, że w
czterech najsławniejszych katastrofach zapisanych trwale w pamięci
społecznej (Windscale, Seveso, Three Mile Island i Czarnobyl) żniwo
śmierci było najmniejsze.
Czarnobyl był z pewnością największą w historii katastrofą
psychologiczną, która swym zasięgiem wielokrotnie
przekroczyła nawet sławny strach przed końcem świata w czasie
Pierwszego Millenium.
O godzinie 1:23 w nocy,
26 kwietnia 1986 roku, reaktor w Czarnobylu zaczął się topić.
Przyczyną był błąd człowieka i wady konstrukcyjne reaktora
tego typu. Tamtej fatalnej nocy pracownicy elektrowni
przeprowadzali doświadczenie, które miało polegać na
stopniowym zmniejszaniu mocy reaktora. Aby się powiodło, wyłączono
większość automatycznych systemów zabezpieczeń. Reaktory typu
czarnobylskiego RBMK-1000 mają jednak tę wielką wadę, że są
niestabilne, gdy pracują z małą mocą. W pewnym momencie
reakcja zachodząca w reaktorze wymknęła się spod kontroli, a
na włączenie systemów zabezpieczających było już za późno.
Ilość wytwarzanej energii była tak duża, że zaczęły się
palić pewne elementy konstrukcyjne reaktora. I tutaj dały o
sobie znać wady konstrukcyjne. Wewnątrz reaktora znajdowało się
1500 ton łatwo palnego grafitu. I to on wywołał pożar i
wybuch chemiczny. Wtedy w Polsce nie istniała
energetyka jądrowa ani żadne plany na wypadek takiej katastrofy.
Nikt nie spodziewał się wówczas, aby awaria w cywilnym zakładzie
jądrowym w jakimś kraju europejskim wymagała działań władz
polskich dla ochrony ludności. Nawiasem mówiąc, jak się wiele
lat później okazało, w żadnym z tych państw nie istniały
plany przeciwdziałania skutkom podobnych katastrof. Lokalne
plany awaryjne dla reaktorów w Świerku oraz plany obrony
cywilnej na wypadek wojny jądrowej okazały się zupełnie nieprzydatne w sytuacji katastrofy czarnobylskiej.
Mieliśmy jednak
dobrze zorganizowaną i wyszkoloną Służbę Pomiarów Skażeń
Promieniotwórczych (SPSP), czyli krajowy system monitoringu
radiacyjnego, koordynowaną przez Centralne Laboratorium Ochrony
Radiologicznej (CLOR) w Warszawie. W jej skład wchodziło wtedy
około 140 placówek pomiarowych rozmieszczonych mniej więcej równomiernie
w całej Polsce. W CLOR były dwie stacje poboru wielkich mas
powietrza do mierzenia śladowych zawartości pyłów promieniotwórczych w
atmosferze, unikalne w Europie, umożliwiające szybką analizę
składu izotopowego skażeń i określenie ich źródła. CLOR był
jedyną w Europie placówką, która miała możliwość
mierzenia skażeń przestrzeni powietrznej państwa, na
wszystkich wysokościach troposferycznych i
w dolnej stratosferze.
System SPSP
stworzono z myślą o obronie cywilnej w przypadku ataku jądrowego.
Jednak spełnił on dobrze swe najważniejsze zadanie: wcześnie
wykrył i zidentyfikował zagrożenie czarnobylskie. Wykorzystaliśmy
doświadczenie zdobyte w ciągu wielu lat monitorowania skażeń
po próbach jądrowych, a także w czasie ćwiczeń i prac
badawczych nad wojną jądrową prowadzonych przez Państwową
Agencję Atomistyki i CLOR. Niedostatkiem SPSP był brak bezpośredniej
łączności z centralnym ośrodkiem władzy politycznej i
administracyjnej, która powinna podjąć szybkie decyzje dotyczące
milionów ludzi w całym kraju.
Wojskowy system
wykrywania skażeń promieniotwórczych, podobnie jak we
wszystkich innych krajach, był dostosowany do znacznie większych
poziomów radiacji po ataku jądrowym. Przyrządy radiometryczne
służb wojskowych okazały się w sytuacji katastrofy
czarnobylskiej zbyt mało czułe. Podczas nocnego spotkania 29
kwietnia w Komitecie Centralnym PZPR, szef Obrony Cywilnej Kraju,
wiceminister obrony narodowej gen. Tadeusz Tuczapski
stwierdził, że nie ma żadnych skażeń, bo gdyby były, to
Obrona Cywilna by je wykryła. Jednak nie wykryła ani w Polsce,
ani nigdzie w Europie. W ciągu następnych kilku tygodni Obrona
Cywilna przedstawiała specjalnie powołanej Komisji Rządowej
wyniki swoich pomiarów. Różniły się one całkowicie od wyników
monitoringu SPSP i nie były wiarygodne. Z tego powodu nie zostały
opublikowane w Raporcie Komisji Rządowej, wydanym w czerwcu 1986
roku.
Pierwsza fala skażonego
powietrza dotarła nad Polskę prawdopodobnie około północy 27/28
kwietnia, a wykryto ją w kilka godzin później. W samym
Czarnobylu, emisja z płonącego reaktora uległa już wtedy
znacznemu zmniejszeniu. Emisja malała dalej aż do 3 maja, kiedy
to zaczął się jej ponowny gwałtowny wzrost. Ta druga
emisja, większa niż 27 kwietnia, nastąpiła wskutek przebicia
się stopionego rdzenia reaktora do znajdujących się poniżej
pomieszczeń wypełnionych wodą. Chmura z tej drugiej wielkiej
emisji szczęśliwie ominęła Polskę i skierowała się
na południe Europy. 1 maja w Polsce zaczął się gwałtowny
spadek skażeń powietrza, lecz nie gruntu, paszy, mleka itd. O
tym co działo się w czarnobylskim reaktorze, jakie były
fluktuacje emisji radioizotopów (np. gwałtowny jej wzrost 3
maja) i lokalne kierunki rozchodzenia się, ani
polskie władze ani specjaliści nie otrzymali ze Związku
Radzieckiego żadnych informacji, tak więc wszystkie decyzje
ochronne podejmowaliśmy na podstawie danych z naszej własnej
sieci monitoringu. Pomimo obowiązujących od 1984 roku w krajach RWPG ustaleń
Związek Radziecki nie zawiadomił polskich władz "w możliwie
krótkim czasie" o katastrofie i jej przebiegu, co opóźniło
nasze przygotowania ochronne o około półtora dnia.
O godz. 7:00, 28
kwietnia, placówka SPSP w Mikołajkach stwierdziła kilkakrotny
wzrost mocy dawki promieniowania gamma i około siedmiusetkrotny
wzrost ogólnej radioaktywności beta w powietrzu. Wiadomość o
tym przekazano telefonicznie do CLOR o godz. 9:00. W tym samym
czasie podobny wzrost mocy dawki promieniowania gamma - ponad 20
mR/h (mR/h = mikrorentgeny na godzinę, nieformalna obecnie
jednostka mocy dawki promieniowania gamma) i silne skażenie powierzchni
gruntu stwierdzono przed budynkiem CLOR. Wktrótce potem zaczęły
docierać do CLOR z innych stacji SPSP meldunki o gwałtownym
wzroście radioaktywności powietrza. O godz. 10:00 CLOR
wprowadził alarmowy system pracy w dwudziestu czterech, a od 29
kwietnia we wszystkich placówkach SPSP.
W ciągu następnych dwóch godzin wpłynęło wiele raportów z
sieci placówek SPSP, które wskazywały, że chmura
radioaktywnego powietrza przesuwa się nad Polską od wschodu i
pokrywa jej północno-wschodni obszar. W południe w Warszawie
stężenie cezu-137 w powietrzu wynosiło 3300 mBq/m3 (Bq jest
jednostką aktywności substancji promieniotwórczej wynoszącą
jeden rozpad atomu na sekundę), tj. ponad 80 000 razy więcej niż
średnio w poprzednim roku, stężenie jodu-131 około 100 000 mBq/m3 (przed
awarią jod-131 był niewykrywalny), a moc dawki promieniowania
gamma wynosiła około 30 mR/h.
Około godz. 12:00 przedstawiono sytuację Mieczysławowi Sowińskiemu,
prezesowi PAA. W rozmowie tej podano, że niedługo będzie
wiadomo, czy przyczyną skażenia jest wybuch broni jądrowej
czy też awaria reaktora i nalegano, by o tak wielkim skażeniu
kraju natychmiast poinformować rząd. Prezes stwierdził:
Mierzcie dalej i informujcie mnie o wynikach.
Między godz. 10:10 - 13:15 zebrano w CLOR na filtrze pył
promieniotwórczy z około 700 m3 powietrza. Analiza
spektrometryczna wykazała, że jego skład izotopowy jest typowy
dla procesów reaktorowych, a nie wybuchu jądrowego. Mimo
licznych usiłowań, nie udało się skomunikować z prezesem
PAA, więc około godz. 17:00 informację o zagrożeniu
radiacyjnym kraju przekazałem sekretarzowi naukowemu PAN, prof.
Janowi Kaczmarkowi, który zobowiązał się natychmiast
zawiadomić premiera.
W godzinach popołudniowych stworzono w CLOR ad hoc grupę
operacyjną, która analizowała sytuację i przygotowywała zalecenia
ochronne. Niektóre meldunki zawierały nieprawdopodobe wyniki,
np. instytuty w Świerku stwierdziły moce dawki gamma sięgające
2500 a nawet 10 000 mR/h. Po ich sprawdzeniu wykryto błędy w
metodyce pomiaru i kalibracji przyrządów. Jednak zanim to wykonano, te
zastraszające informacje wpływały na postępowanie specjalistów
w CLOR, a także trafiły do publicznej wiadomości w Polsce i za
granicą. Większość pomiarów mocy dawki wskazywała jednak,
że nie ma bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia ludności od zewnętrznego
promieniowania gamma, nawet jeżeli utrzyma się ono przez wiele
miesięcy na poziomie bliskim obecnemu (ok. 30 mR/h). Była to
bowiem moc dawki tylko nieco większa od poziomu naturalnego w
Polsce i mniejsza niż w wielu innych krajach mających skały i
gleby bogatsze w uran, tor i rad. Natomiast pomiary stężeń
radionuklidów w powietrzu i analiza ich składu izotopowego
wskazywały, że izotopy promieniotwórczego jodu, a zwłaszcza
jod-131, wchłonięte do organizmu z powietrzem i żywnością,
mogą ulec tak znacznej koncentracji w tarczycy dzieci, że staną
się zagrożeniem ich zdrowia, powodując zwiększenie ryzyka
powstania nowotworów złośliwych tego ważnego organu. Zawartość
innych radioizotopów, np. cezu-137, była znacznie niższa.
Przeprowadzone
w godzinach popołudniowych i wieczornych obliczenia wskazywały,
że dawka promieniowania od radiojodów w tarczycy dzieci może
przekroczyć 50 mSv (Sv jest jednostką dawki promieniowania pochłoniętego
przez organizm uwzględniającą różnice biologiczne rożnych
rodzajów promieniowania i warunków napromienienia), a więc
poziom powyżej którego Międzynarodowa Komisja Ochrony
Radiologicznej zalecała blokowanie dostępu radiojodów do
tarczycy jodem nieradioaktywnym. To zalecenie oparte było na
wspomnianym już administracyjnym założeniu, że każda,
nawet bliska zerowej dawka promieniowania jonizującego może
wywołać nowotwory złośliwe. Nowe dane z Hiroshimy i Nagasaki
wskazują jednak, że poniżej dawki 200 mSv nie zaobserwowano
znaczącego wzrostu śmiertelności nowotworowej, a przy dawkach
mniejszych od 100 mSv śmiertelność wskutek białaczek była w
tych dwóch miastach niższa niż u mieszkańców nie
napromienionych. Również w Szwecji wsród tysięcy osób, którym
podawano jod-131 dla celów diagnostycznych (średnia dawka 500 mSv)
stwierdzono mniejszą częstość zachorowań na raka tarczycy niż
u ludzi, którzy z takiej diagnostyki nie korzystali.
Jednak wobec narastającego zagrożenia czarnobylskiego nie
roztrząsano takich subtelności (przyszła na to pora dopiero
teraz), lecz zastosowano się do zaleceń międzynarodowych
i uznano, że najpilniejszą sprawą jest ochrona dzieci przed
skażeniem jodem promieniotwórczym.
Około godz. 18:00 specjaliści w CLOR dowiedzieli się z radia
BBC, że źródłem emisji radionuklidów jest awaria reaktora w
Czarnobylu. Ta informacja umożliwiła nam tylko nieco bardziej
realistyczne prognozowanie dalszego rozwoju sytuacji, bowiem to
co działo się w samym Czarnobylu było ciągle okryte tajemnicą.
Dziś wiemy, że wszelkie połączenia z Czarnobylem zostały wówczas odcięte
przez KGB. Lakoniczne oświadczenie TASS informujące o awarii na
Ukrainie, bez podania miejscowości i informacji potrzebnych do
planowania działań ochronnych, dotarło do Warszawy późnym
wieczorem.
O godz. 18:30 zwróciliśmy się do Instytutu Technicznego
Wojsk Lotniczych współpracującego z CLOR z prośbą o
codzienne pobieranie prób powietrza z wysokości 1, 3, 6, 9, 12
i 15 km wzdłuż północno-wschodniej części granicy. W następnych
dniach wykonano 60 lotów, a zdobyte w ten sposób informacje
wykorzystaliśmy do prognozy skażeń. W
godzinach popołudniowych CLOR nawiązał kontakt ze
specjalistami z innych krajów (Anglii, Francji, Finlandii,
Szwecji), wymieniając informacje o skażeniach oraz planowanych
przedsięwzięciach.
Do późnych godzin nocnych w CLOR pracowano nad propozycjami zaleceń
ochronnych dla ludności Polski. O pomoc w przygotowaniu najważniejszego
z nich, tj. użycia jodu nieradioaktywnego dla blokady tarczycy
poproszono specjalistów z Ministerstwa Zdrowia oraz Szefostwa Służby
Zdrowia MON.
29 kwietnia około godz.
1:00 w Komitecie Centralnym PZPR rozpoczęło się posiedzenie
kilku członków Biura Politycznego, członków rządu i Komitetu
Obrony Kraju. O godz. 4:00 do grupy tej zaproszono z CLOR prof.
Zenona Bałtrukiewicza z Szefostwa Służby Zdrowia MON oraz
prezesa PAA. Posiedzenie trwało do godz. 6:30 i przyjęto na nim
główne kierunki ochrony ludności zaproponowane przez CLOR. Miała
to być przede wszystkim ochrona dzieci przed wchłonięciem
radiojodu. Ustalono, że dzieciom we wschodnich i północnych województwach
należy podać nieradioaktywny jod, a także wstrzymać wypas bydła
na łąkach i przejść na karmienie ich suchą paszą. Mleka od
krów przebywających dotąd na pastwiskach nie należy kierować
do sklepów, lecz przeznaczyć do przerobu. Dzieci i młodzież do lat 18
powinny konsumować mleko w proszku i skondensowane. Należy
ograniczyć spożycie świeżych jarzyn oraz dokładnie je myć.
Zakazano picia wody deszczowej i stopionego śniegu.
Prócz tego prof. Zenon Bałtrukiewicz zaproponował, by ze względu
na możliwość napływu nad Polskę większych niż dotychczas
skażeń przez kilka dni dzieci pozostawały w domu i nie chodziły
do szkół. By zamykać okna, zmywać jezdnie i chodniki wodą
oraz odwołać pochody 1-majowe. Okazało się później, że
zalecenia te nie były potrzebne, bo radioaktywne
skażenia miały niższy poziom niż prognozowano.
Tych dodatkowych zaleceń nie przyjęto. Zgodzono się, że zagrożenie
od innych radioizotopów jest mniej istotne, toteż akcję
przeciw nim należy rozpocząć w drugiej kolejności.
Uczestnicy spotkania doszli do porozumienia, że o sytuacji i
zaleceniach ochronnych należy poinformować społeczeństwo w
porannych audycjach radiowych, a następnie w prasie i w
telewizji. Rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban rozpoczął
pisanie komunikatu dla ludności.
Około godz. 6:00 sekretarz KC Marian Woźniak zatelefonował do
swego odpowiednika w Moskwie, po czym stwierdził, że jego rozmówca
nic nie wie o katastrofie w Czarnobylu. Wtedy nie wierzyliśmy w
to, lecz dziś wiemy, że mogło to być prawdą.
Dla przygotowania akcji jodowej około godz.
6:00 zebrano w Ministerstwie Zdrowia grupę, która ustaliła (po
raz pierwszy w świecie), że formą masowej profilaktyki jodowej
będzie podanie tzw. płynu Lugola - wodnego roztworu jodku
potasu i pierwiastkowego jodu oraz ustaliła jego dawki dla
trzech grup wiekowych dzieci.
O godz. 6:30 do Komitetu Centralnego przybył gen. Wojciech
Jaruzelski. Wkrótce, w ścisłym gronie członków Biura
Politycznego i rządu, podjęto decyzję o stworzeniu tzw.
Komisji Rządowej pod przewodnictwem wicepremiera Zbigniewa
Szałajdy. Na zakończenie zebrania sekretarz KC Marian Woźniak
oświadczył, że komunikatu dla społeczeństwa nie będzie. W
Raporcie Komisji Rządowej nie ma wzmianki o tym nocnym
posiedzeniu w Komitecie Centralnym, podczas którego podjęto
wszystkie najważniejsze decyzje w sprawie działań ochronnych.
Pierwsze posiedzenie Komisji Rządowej rozpoczęło się o godz.
8:00 w Prezydium Rady Ministrów. Około godz. 11:00 Komisja
oficjalnie zaleciła podjęcie akcji jodowej. Rozpoczęto ją w godzinach
wieczornych i kontynuowano w nocy w jedenastu województwach północno-wschodnich.
Akcja przebiegała niezwykle sprawnie. Podawanie płynu Lugola
zorganizowano we wszystkich przedszkolach, szkołach, ośrodkach
zdrowia i aptekach. Pomocy udzielili ochotnicy, którzy m.in. rozwozili
roztwór jodu do małych wiosek. Około 75% populacji dzieci w 11
województwach przyjęło jod stabilny w ciągu pierwszych 24
godzin akcji. (Przed rozpoczęciem akcji, tj. 28 kwietnia
wieczorem i 29 kwietnia rano, około 2% rodziców podało
dzieciom jod w formie i dawkach nieustalonych).
Dla porównania warto dodać, że w Związku Radzieckim
ograniczenia spożycia mleka wprowadzono dopiero 23 maja, a jod
stabilny zaczęto podawać ludności około 25 maja. Z powodu
trudności organizacyjnych objęto tą akcją tylko 1.6 mln
dzieci.
Skażenia ogarnęły cały
kraj. Przed południem utrzymywało się w Warszawie bardzo
wysokie skażenie powietrza, które po południu i w nocy spadło
blisko czterdziestokrotnie. Komisja Rządowa wprowadziła
profilaktykę jodową na terenie całej Polski, biorąc pod uwagę
przemieszczanie się skażeń, niepewność co do emisji z
Czarnobyla oraz nastrój ludności Na pozostałych terenach akcja
przebiegała mniej sprawnie niż w województwach północno-wschodnich.
Tam zaledwie 25% populacji dzieci otrzymało jod
stabilny w ciągu pierwszych 24 godzin. W tych rejonach kraju
akcję jodową w większości zakończono 2 maja, jednak w niektórych
miejscowościach ciągnęła się ona jeszcze do 5 maja. Komisja
Rządowa przewidując, że zabraknie mleka w proszku, poleciła
ministrowi handlu wewnętrznego wprowadzenie 2 maja
reglamentowanej jego sprzedaży dla dzieci do 12 miesiecy oraz
dokonanie importu brakującej ilości.
Poczynając od 4 maja, w CLOR mierzono zawartość jodu-131 w
tarczycach mieszkańców Warszawy i kilku województw. Łącznie
zbadano około 1400 osób. Podobne badania prowadzono u kilkuset
osób w Instytucie Energii Atomowej w Świerku, gdzie również
badano zawartość cezu-137 i cezu-134 w całym ciele.
Od 6 maja dwie ekipy CLOR prowadziły zwiad radiacyjny w pobliżu
wschodniej granicy kraju, korzystając z helikopterów MSW.
Mierzono moc dawki promieniowania gamma, zbierano próby mleka,
roślin i gleby, a także badano skażenie ludzi. Wykryto wtedy
silne skażenia radiojodem tarczyc dzieci szkolnych w niektórych
miejscowościach. Specjaliści CLOR zażądali od Komisji Rządowej,
by skierować do tego rejonu samochodowe laboratorium CLOR, w
celu dokładnego zbadania skażenia dzieci w rejonach
przygranicznych. Przewodniczący Komisji zarządził
przeprowadzenie tych badań przez CLOR, jednak zarówno
prezes PAA, jak i minister zdrowia sabotowali to zarządzenie i w
końcu nie dopuścili do jego realizacji. 31 maja dyżurny Ośrodka
Dyspozycyjnego Służby Awaryjnej CLOR zapisał w raporcie nr 181/86,
że został telefonicznie powiadomiony, aby na polecenie prezesa
PAA wstrzymać wszelkie pomiary jodu-131 w tarczycy wykonywane w
samym CLOR.
Komisja Rządowa pracowała do 18 czerwca, analizując zmieniającą
się sytuację, wprowadzając normy skażeń oraz modyfikując, a
potem stopniowo ograniczając działania
profilaktyczne. Na żądanie Komisji w pierwszych dniach maja
sprowadzono z zagranicy 2000 ton mleka w proszku.
SKUTKI ZDROWOTNE
Średnia dawka
promieniowania na całe ciało, jaką Polacy otrzymali w ciągu
pierwszego roku od czarnobylskich radioizotopów wynosiła (według
oceny UNSCEAR) 0.27 mSv. Stanowiło to 11% rocznej naturalnej
dawki promieniowania. W ciągu całego życia Polacy otrzymają
średnio od opadu czarnobylskiego dawkę na całe ciało wynoszącą
około 0.9 mSv, czyli około 0.5% dawki, jaką w tym samym czasie
zostaną napromienieni ze źródeł naturalnych, wynoszącej 168
mSv. Około 74% tej dawki na całe ciało pochodziło od cezu-137,
20% od cezu-134, 1% od jodu-131 i około 5% od innych izotopów.
Tak mała dawka na całe ciało od skażenia
czarnobylskiego nie
będzie mogła dać żadnych, ani szkodliwych ani dobroczynnych,
zauważalnych zmian zdrowia ludności w naszym kraju.
Dawka promieniowania na tarczycę od jodu-131 była natomiast
znacznie wyższa. W zachodnich, mało skażonych województwach, sięgała
ona od około 2 do 30 mSv u dzieci w wieku 1 roku. We wschodnich,
silniej skażonych rejonach, dawka ta sięgała niekiedy około
10-90 mSv. U niemal 5% dzieci (u których zastosowano profilaktykę
jodową) maksymalne dawki wynosiły niemal 200 mSv. Profilaktyka
jodowa zmniejszyła dawki na tarczycę dzieci średnio o blisko
połowę. Tam gdzie akcję rozpoczęto wcześniej zmniejszenie
dawki mogło być nawet pięciokrotne. Około 70-80% radiojodu w
tarczycy dzieci pochodziło z pożywienia (głównie z mleka).
Tylko 20-30% radiojodu przedostało się do tarczycy
drogą oddechową. Maksymalne stężenia jodu-131 w mleku pojawiły
się w większości rejonów po 5 maja. Zatem nawet późno
zastosowana profilaktyka dała korzystny efekt.
Gdyby w Polsce nie
przeprowadzono profilaktyki jodowej to u około 5% dzieci, tj.
około 500 000, dawka promieniowania na tarczycę od jodu-131
przekroczyłaby 1000 mSv. Zachorowalność na raka tarczycy po
takich i większych dawkach wynosi na Białorusi około 1%. Jeżeli
u nas byłaby podobna, to można sądzić, że w wyniku akcji
jodowej ocaliliśmy około 5000 polskich dzieci od tej choroby.
Zgodnie z danymi Kliniki Mayo w Rochester, Minnesota, przy wystąpieniu
raka tarczycy u dzieci pełne wyleczenie osiąga się niemal
w 100% przypadków. Jest to dobra prognoza dla 682 dzieci na Białorusi,
Ukrainie i w Rosji, które zachorowały na raka tarczycy. Wiele z
nich leczy się w krajach zachodnich.
W wyniku akcji jodowej 18.5 mln ludzi przyjęło blokującą dawkę
płynu Lugola, w tym ponad 95% dzieci i młodzieży. Była to
pierwsza w historii medycyny tak wielka akcja profilaktyczna
dokonana w ciągu kilku dni. Rozpoczęto ją po około 13
godzinach od powziętej decyzji. Akcja ta dowodzi wysokiej sprawności
organizacyjnej i zdolności do improwizacji Polaków. Dla porównania
należy przypomnieć, że po katastrofie elektrowni w Three Mile
Island koło Harrisburga, w Pensylwanii w 1979 roku, rząd
amerykański zaczął dostarczać wyprodukowane ad hoc tabletki
jodu okolicznym mieszkańcom w cztery dni po
wypadku. Świadczy to o trudnościach logistycznych takiej akcji,
które w dużej mierze wpłynęły na niepodjęcie jej w krajach
europejskich, poza Polską, mimo że niektóre z nich były skażone
w stopniu wyższym niż my. W Europie po prostu nie było
wystarczającego zapasu tabletek jodowych dla zagrożonej ludności,
ani szans na ich natychmiastowe wyprodukowanie i dystrybucję.
Nasz sukces był wynikiem śmiałej decyzji oraz nowatorskiej
idei, która zrodziła się w Ministerstwie Zdrowia:
postanowiono użyć nie tabletek jodowych, których też nie
mieliśmy, lecz przygotować w każdej aptece dobrze znany
farmaceutom płyn Lugola. Zapasy jodu i jodku potasu niezbędnych
do wyprodukowania go w aptekach znacznie przekraczały potrzeby.
Badania epidemiologiczne (największe jakie
kiedykolwiek przeprowadzono w Polsce) wykonane przez zespół
prof. Janusza Naumana z Akademii Medycznej w Warszawie, złożony
z najwybitniejszych polskich endokrynologów i radiologów wykazały,
że łagodne "zewnątrztarczycowe" objawy uboczne po podaniu
płynu Lugola (mdłości, bóle głowy i swędzenie skóry)
pojawiły się w około 5% przypadków. U bardzo małych dzieci
niekiedy występowały wymioty, prawie zawsze u tych którym
zamiast płynu Lugola podano roztwór jodyny. W żadnej grupie wiekowej
nie zaobserwowano ubocznego "wewnątrztarczycowego"
działania profilaktycznych dawek jodu. W badaniach tych,
przeprowadzonych w latach 1989-1990, nie stwierdzono zwiększonego
występowania nowotworów tarczycy.
Badania Instytutu Onkologii nie wykazały do roku 1995 wzrostu
nowotworów tarczycy i białaczek. Ubocznym, bardzo ważnym
rezultatem badań grupy prof. Naumana było stwierdzenie obecności
wola endemicznego u mieszkańców znacznych obszarów Polski,
wywołanego głębokim niedoborem jodu w naszej diecie. Niedobór
zaczął się około 1980 roku, gdy zaprzestano jodowania soli
kuchennej. W efekcie tych badań powrócono do jodowania żywności
w Polsce, co powinno przyczynić się do poprawy zdrowia ludności.
Polityka informacyjna,
którą władze stosowały w pierwszych dwóch dniach była błędna.
28 kwietnia nie było jej wcale, ponieważ rząd dowiedział się
o skażeniach w Polsce zbyt późno. Ostatnie dzienniki radiowe i
telewizyjne przekazały jedynie krótką informację agencyjną o
wypadku w Czarnobylu. Na spotkaniu władz naczelnych w
Komitecie Centralnym PZPR wczesnym rankiem 29 kwietnia
postanowiono, by wstępne zalecenia dla ludności podać w
rannych i przedpołudniowych dziennikach radiowych, a następnie
w prasie i telewizji. Pod koniec tego spotkania zdecydowano
jednak nie publikować takiego komunikatu. W prasie popołudniowej
ukazała się jedynie bałamutna informacja, że 28 kwietnia nad
północnymi regionami Polski przeszedł na dużej wysokości
radioaktywny obłok, że utworzono Komisję Rządową i nikomu nic nie
grozi.
29 kwietnia wraz przygotowano rzeczową informację o skażeniach
kraju, która miała być pierwszym oficjalnym komunikatem
Komisji. Tekst ten przyjęto, jednak później został całkowicie
zmieniony przez Wydział Prasy KC oraz rzecznika prasowego rządu.
W efekcie 30 kwietnia publiczność znowu dowiedziała się, że
radioaktywny jod "lata" w obłoku gdzieś wysoko nad
Polską. Ponadto podano kłamliwą informację, że nastąpiło
jedynie podwyższenie stężenia aktywnego jodu w powietrzu (...),
stwierdza się spadkową tendencję poziomu stężenia i że
nie stwierdzono podwyższenia stężenia innych pierwiastków. Na
posiedzeniu Komisji 30 kwietnia prof. Zenon Bałturkiewicz z dr.
Żarnowieckim zaprotestowali przeciwko wypaczaniu ich tekstu.
Ostatnie kłamstwo - o braku innych pierwiastków - było tak
kompromitujące, że przewodniczący Komisji oświadczył, iż
takie manipulowanie tekstami specjalistów nie powtórzy się już
więcej.
Na tym samym posiedzeniu odbyła się dłuższa dyskusja nad
polityką informacyjną. Prof. Zenoen Bałturkiewicz
twierdził, że władze muszą dawać publiczności pełną
informację o średnich, maksymalnych i minimalnych poziomach skażeń.
Starał się przekonywać, że wzbudzi to zaufanie ludności do
postępowania i zaleceń Komisji. Kontrargumentem rzecznika rządu
- głównego przeciwnika tej koncepcji, było
niebezpieczeństwo wywołania paniki. Trudno jednak byłoby ją
wywołać wiadomościami o skażeniach dających dawki
promieniowania, na całe ciało, dziesiątki tysięcy razy niższe
od zagrażających życiu. To co skłoniło go do podania
prawdziwej informacji, to sugestia, że Polska poniesie setki
milionów dolarów strat na eksporcie żywności, jeżeli
przestaniemy być wiarygodni w oczach zachodnich kontrahentów i
konsumentów.
Po tej dyskusji informacje w prasie były zgodne z rzeczywistością. I
tak np. "Express Wieczorny" 5 maja opublikował
komunikat Komisji Rządowej wraz z tabliczką szczegółowych średnich
wartości skażeń kraju. Tego rodzaju informacja była unikatem
w prasie światowej i została potem uznana przez ekspertów
amerykańskiej Food and Drug Administration za najbardziej
przejrzystą i pożyteczną spośród wielu. Amerykański
Sekretarz Stanu George Schulz stwierdził, że Polska potraktowała
ten wypadek w sposób zdecydowanie odmienny od ZSRR. Polska
informowała ludność, przekazując wszystkie informacje jakimi dysponowała.
Prasa zachodnioniemiecka wyrażała podobne opinie: Polskie media
zwróciły od początku na siebie uwagę obszerną i rzeczową
informacją ("Tages Anzeiger" - 2.05.86); Polacy w sposób
najbardziej otwarty poinformowali własną opinię publiczną i zagranicę o
skutkach awarii ("Volksblatt Berlin" - 3.05.86).
Pod tym względem różniliśmy się np. od Francji, gdzie po dwóch
tygodniach milczenia, władze podały informację, że sytuacja
wróciła do normy. W Anglii pojawiały się raczej enigmatyczne
wiadomości, np. że większe skażenia występują na północy
niż na południu, a 12 maja minister środowiska twierdził: można
pić wodę, która wtedy w południowej Szkocji czterokrotnie
przekraczała normy na wypadek awarii.
W roku 1986 specjaliści zachodnioniemieccy mówili do nas:
Podziwiamy waszą sprawność i szybkość. U nas nie byłoby to
możliwe. Tak widziano działania polskich specjalistów i władz
za granicą, lecz nie w Polsce, gdzie spotkały się z powszechną
krytyką.
Śledztwo wykazało, że odpowiedzialność za tę monstrualną
tragedię spada na wiele osób, niekiedy zupełnie nie związanych
z zespołem, który w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 pełnił dyżur
w elektrowni. Następstwa katastrofy również wykroczyły daleko
poza przemysł jądrowy, zmuszając do stawiania
podstawowych pytań dotyczących dalszego rozwoju cywilizacji
technicznej. Czarnobyl (ros. Czernobyl, ukr. Czornobyl) jeszcze
kilkanaście lat temu był małym miastem, prawie zupełnie nie
znanym światu. Po wybuchu reaktora nazwa ta znalazła trwałe
miejsce w kronice XX wieku, stając się synonimem
największej tragedii technologicznej w dziejach ludzkości,
symbolem równie nośnym jak Stalingrad czy Bhopal. Z perspektywy
lat widać nawet, że polityczne reperkusje katastrofy na
Ukrainie przyspieszyły rozpad rosyjskiego imperium. Ważne jest zatem,
aby świat zrozumiał przyczyny i skutki tego kataklizmu.
Nigdy nie będzie znana całkowita ilość uwolnionej
radioaktywności. 90mln kiurów, oficjalnie zgłoszonych przez
ZSRR, należy traktować jako dolną granicę rzeczywistej wartości,
która - według innych oszacowań - może być nawet
kilkakrotnie wyższa. Trzeba uczciwie powiedzieć, że
spowodowany katastrofą opad promieniotwórczy był porównywalny
z tym, jakiego można oczekiwać po "średniej" wojnie
jądrowej. Na miejscu wypadku w wyniku eksplozji i pożaru
187 osób zapadło na ostrą chorobę popromienną, a 31 z nich
zmarło. Większość spośród pierwszych ofiar stanowili strażacy.
Zniszczony reaktor wyzwolił setki razy więcej promieniowania
jonizującego niż zbombardowanie Hiroszimy i Nagasaki. Intensywność
promieni gamma na terenie elektrowni przewyższała 100 R/h (rentgenów
na godzinę), a to oznacza, że dawka, którą Międzynarodowa
Komisja Ochrony Radiologicznej uznaje za maksymalną roczną,
została tam przekroczona kilkaset razy w ciągu zaledwie godziny.
Natomiast na dachu zniszczonego bloku energetycznego
promieniowanie osiągnęło przerażający poziom 100 000 R/h.
Ludzki wymiar katastrofy sprzed 15 lat to odrębny, tragiczny i
poruszający rozdział. Prof. Jurij Szczerbak pracował wówczas
naukowo w kijowskim Instytucie Epidemiologii i Chorób Zakaźnych,
około 100 km od Czarnobyla. 26 kwietnia dowiedział się od
kolegi o poparzonych ludziach, których przywożono z elektrowni
do szpitala. Nie miał wtedy pojęcia o rozmiarach wypadku. Przez kilka
kolejnych dni napływały jedynie bardzo skąpe oficjalne
komunikaty, w których dawano do zrozumienia, że skala zagrożenia
jest niewielka. Władze zagłuszały większość zagranicznych
radiostacji, zdołał jednak usłyszeć w radiu szwedzkim o
wysokich poziomach radioaktywności w Skandynawii i
innych rejonach Europy. Wraz z kilkoma lekarzami zdecydował się
pojechać na miejsce katastrofy, aby poznać prawdę i służyć
pomocą.
Wyruszyli w pogodnym nastroju, wkrótce jednak, w miarę zbliżania
się do celu, zaczęli dostrzegać oznaki paniki. Ludzie
ustosunkowani wykorzystywali swoje wpływy, aby zdobyć bilety
lotnicze lub kolejowe dla dzieci. Inni, nie mający znajomości,
stali w długich kolejkach do kas dworcowych lub szturmowali zatłoczone
pociągi. Raz tylko, w czasie epidemii cholery, widział
podobny popłoch wśród ludności. Wielu pracowników elektrowni
było już wówczas hospitalizowanych. Terytorialny rozkład skażeń
charakteryzował się wielką niejednorodnością. Jakiś
fragment pola uprawnego mógł być bardzo niebezpieczny, podczas
gdy zaledwie kilka metrów dalej rejestrowano niskie poziomy
radioaktywności. Niemniej skażone zostały potężne obszary
ziemi. Okres połowicznego rozpadu jodu 131 wynosi zaledwie 8
dni, bezpośrednio jednak po katastrofie izotop ten wyemitował
ogromną dawkę promieniowania. Trwalsze są
stront 90 i cez 137. Specjaliści twierdzą, że najbardziej
szkodliwy w dłuższej skali czasu będzie właśnie cez. Ogółem
na przeszło 260 000 km2 Ukrainy, Rosji i Białorusi nadal
rejestruje się poziom radioaktywności cezu 137
przekraczający l Ci/km2. Ta wartość oznacza konieczność
corocznych badań ludności. Na Ukrainie obszar, o którym mowa,
zajmuje 35 000 km2, a więc ponad 5% terytorium państwa. Większość
tych obszarów, bo aż 26 000 km2, to ziemie uprawne. W
najdotkliwiej skażonych rejonach ograniczono wprawdzie
produkcję rolną, jednak gleby o mniejszej radioaktywności ciągle
się uprawia. Szczególnie dotknięte obszary to 13 regionów
administracyjnych (obwodów) - 1300 miast i wsi, w których żyto
2.6 mln ludzi, w tym 700 tys. dzieci. 135 tys. mieszkańców
tych terenów opuściło domy w ciągu pierwszych 10 dni po
katastrofie; do dzisiaj 167 tys. osób. Należy stwierdzić, że
próby wyciszenia sprawy i uspokojenia opinii publicznej
przyczyniły się jedynie do pogorszenia sytuacji. Wielu ludzi
otrzymałoby mniejsze dawki promieniowania, gdyby zorganizowano
szybką ewakuację w ciągu pierwszych krytycznych dni. Obszar o
promieniu 30 km wokół elektrowni czarnobylskiej jest dziś
praktycznie nie zamieszkany. Przesiedlono również 60 osad spoza
tej strefy. Tętniące niegdyś życiem
miejscowości zmieniły się w miasta widma. Odpowiedzią rządu
na tę bezprecedensową sytuację było nadanie skażonym terenom
specjalnego statusu prawnego i za gwarantowanie pomocy
materialnej dla osób szczególnie poszkodowanych. Następstwa
katastrofy będą jednak odczuwane jeszcze przez wiele pokoleń.
Najpoważniejsze są
rzecz jasna konsekwencje zdrowotne. Zachorowało około 30 tys.
ludzi spośród 400 tys. "likwidatorów" - robotników
zatrudnionych przy zakopywaniu najbardziej niebezpiecznych odpadów
i budowie specjalnego budynku wokół zniszczonego reaktora
ochrzczonego "sarkofagiem". Stan zdrowia 5 tys. osób
nadal uniemożliwia im podjęcie pracy. Trudno określić, nawet
w przybliżeniu, ile osób poniosło śmierć w wyniku
katastrofy. Skupiska ludzkie uległy dezintegracji; z wielu rejonów
masowo wysyłano dzieci. Ukraiński oddział Greenpeace porównywał
śmiertelność w różnych społecznościach przed i po wypadku.
Liczbę zmarłych oszacowano w ten sposób na 32 tys. Inne źródła podają
liczby większe lub mniejsze, jednak ustalenia Greenpeace uważane
są za najrzetelniejsze. Pewne, może nawet liczne zgony mogły
być następstwem olbrzymiego stresu, którego doświadczyli
mieszkańcy skażonych obszarów. W wyniku badań prowadzonych w
ramach jednego z programów badawczych
realizowanego przez kijowski zespół pod kierunkiem Siergieja
Komissarienki stwierdzono u większości osób z licznej grupy
likwidatorów pewne objawy, które występowały łącznie, co
sugerowało, że mamy do czynienia z nowym zespołem chorobowym. Były to
uczucie zmęczenia, apatia i zmniejszona liczba pewnego rodzaju
limfocytów (tzw. natural killer cells) należących do białych
ciałek krwi. Z uwagi na uderzające analogie niektórzy mówią
nawet o "czarnobylskim AIDS". Limfocyty-zabójcy
potrafią niszczyć komórki nowotworowe i zaatakowane przez
wirusy. Zmniejszenie ich liczby jest zatem równaj znaczne z osłabieniem
układu odpornościowego. Wśród chorych notuje się nie tylko
więcej przypadków białaczki i złośliwych guzów, lecz także
większą podatność na choroby układu krążenia
oraz zwykłe infekcje: bronchit, zapalenie migdałków lub
zapalenie płuc. Wdychanie rozproszonego w powietrzu jodu 131
spowodowało bezpośrednio po katastrofie napromieniowanie
tarczycy dawkami równoważnymi ponad 200 R u 13 tys. dzieci. (Dopuszczalna
dawka roczna dla pracowników przemysłu atomowego jest
dwukrotnie mniejsza.) 4 tys. dzieci otrzymało dawki odpowiadające
aż 2000 R i zapadło na chroniczne zapalenie tarczycy (jod
gromadzi się selektywnie w tym gruczole). Zapalenie
tarczycy przebiega wprawdzie bezobjawowo, można już jednak mówić
o początku fali zachorowań na nowotwory. Liczby mówią za
siebie. Dane zebrane przez kijowskiego badacza Mikolę D. Tronkę
i jego kolegów wskazują, że w latach 1981-1985 na skażonych później
obszarach Ukrainy notowano około pięciu przypadków raka
tarczycy rocznie. W ciągu 5 lat po katastrofie liczba ta wzrosła
do 22, a w latach 1992-1993 notowano już średnio 43 przypadki
rocznie. Oficjalne dane statystyczne mówią o 589 dzieciach z
najdotkliwiej skażonych regionów, u których po
1986 roku stwierdzono nowotwór tarczycy. (Na Białorusi liczba
zachorowań jest jeszcze większa.) Wśród dzieci ewakuowanych z
bliskich okolic reaktora zachorowalność na raka tarczycy wzrosła
dziesięciokrotnie w porównaniu z poziomem sprzed awarii i
przekraczało 5 lat temu 4 przypadki na milion. Są to nowotwory
łatwo dające przerzuty. Warunkiem wyleczenia jest szybkie
wykrycie guza i usunięcie całego gruczołu. Pacjent musi później
już do końca życia uzupełniać niedobór hormonów
tarczycy.
Inne badania prowadzone przez naukowców ukraińskich i
izraelskich wykazały, że co trzeci spośród likwidatorów -głównie
mężczyzn po trzydziestce - ma zaburzenia aktywności seksualnej
lub zdolności reprodukcyjnej. Problemem jest zwłaszcza impotencja
oraz patologie składu nasienia. Na skażonych terenach wzrosła
też liczba powikłań ciążowych, wśród młodzieży zaś
szerzy się obezwładniający strach przed promieniowaniem.
Optymistyczne
prognozy, które zakładały brak jakichkolwiek długofalowych
skutków katastrofy, były więc całkowicie błędne. Formułowali
je urzędnicy służby zdrowia byłego Związku Radzieckiego
zgodnie ze specjalną instrukcją Biura Politycznego KPZR. Do
"optymistów" należeli również niektórzy zachodni
eksperci ds. pokojowego i militarnego wykorzystania energii
atomowej.
Nie sprawdziły się też przepowiednie katastroficzne, choćby
takie, w których dopuszczano wystąpienie ponad 100 tys.
dodatkowych przypadków raka. Z dotychczasowych badań,
przeprowadzonych głównie wśród ofiar bombardowania
Hiroszimy i Nagasaki, wynika, że należy się liczyć z ciągłym
wzrostem liczby zachorowań. Nowotwory wywołane promieniowaniem
rozwijają się niekiedy przez długie lata. Dzieci z
najdotkliwiej skażonych obszarów nie mają więc, niestety,
zbyt dużych szans na zdrowe życie. Propagandowe próby
tuszowania i bagatelizowania zagrożeń związanych z
promieniowaniem przyniosły efekt przeciwny do zamierzonego.
Ludzie żyją w ciągłym stresie i strachu przed chorobą;
powszechne są zwłaszcza obawy o zdrowie dzieci. Ten uraz
psychiczny przerodził się w pewien szczególny zespół objawów,
który można rozpoznać także u weteranów wojen w Wietnamie i
Afganistanie. Badania dzieci ewakuowanych z okolic reaktora
wykazały dziesięcio- lub nawet piętnastokrotny wzrost liczby
zaburzeń neuropsychiatrycznych.
Katastrofa w Czarnobylu wymusiła masowe przesiedlenia ludności.
Wynikające stąd zniszczenie struktury etnicznej na skażonych
terenach wydaje się nie do naprawienia. (Chodzi tu zwłaszcza o
społeczności Drewlanów i Poleszuków.) Skazane na
zapomnienie unikalne obiekty architektoniczne oraz inne
przedmioty kultury duchowej i materialnej niszczeją w
opuszczonych miastach i wioskach. Piękne krajobrazy są dziś często
niebezpieczne dla zdrowia.
Rząd ukraiński pomimo głębokiego kryzysu gospodarczego
corocznie przeznacza aż 5% budżetu na walkę ze skutkami
katastrofy. Pieniądze te wydatkowane są m. in. na bezpłatne
mieszkania dla ludzi, których oficjalnie uznano za najciężej
dotkniętych tragedią. Jest wśród nich 356 tys. likwidatorów
i 870 tys. dzieci. Nie wiadomo, jak długo władze zdołają
utrzymać tę pomoc na obecnym poziomie, chociaż wprowadzono
specjalny 12-procentowy podatek od wynagrodzeń. Pod względem
radioaktywności strefa Czarnobyla jest dziś jednym z
najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie. Szczątki zrujnowanego
reaktora kryją dziesiątki tysięcy ton paliwa jądrowego o łącznej
radioaktywności sięgającej 20 mln kiurów. Emitowane w samym
reaktorze promieniowanie, kilka tysięcy rentgenów na godzinę,
jest zabójcze dla każdej formy życia. Zagrożenie sięga jednak dalej.
W granicach 30-kilometrowej strefy otaczającej elektrownię
znajduje się około 800 naprędce utworzonych składowisk.
Grzebano w nich różne radioaktywne odpady, w tym drzewa, które
zaabsorbowały z atmosfery wielkie ilości groźnych izotopów.
Owe składowiska to zwykłe gliniane doły. Właśnie one mogą
być przyczyną silnego skażenia osadów dennych Dniepru i jego
dopływu Prypeci, które dostarczają wodę dla 30 min ludzi.
Szacuje się, że w pobliżu Czarnobyla osady Dniepru zawierają
10 tys. kiurów strontu 90, 12 tys. kiurów
cezu 137 i 2 tys. kiurów plutonu. Aby zahamować zatruwanie wód
przez rozpuszczalne radioaktywne związki chemiczne, należałoby
zlikwidować prowizoryczne składowiska i zastąpić je innymi.
Niestety, wciąż nie ma odpowiednio przygotowanych i wyposażonych
magazynów odpadów promieniotwórczych.
Pozostałe dwa reaktory
elektrowni w Czarnobylu również stanowią poważny problem (trzech
wyłączono po pożarze w 1992 roku). Dostarczają one Ukrainie 5%
energii elektrycznej; wszystkie siłownie jądrowe dają w sumie
40% energii. Ukraina podpisała jednak z państwami Grupy Siedmiu
formalne porozumienie w sprawie wspólnych działań, których
rezultatem powinno być całkowite zamknięcie tej elektrowni w
2000 roku. Unia Europejska i Stany Zjednoczone pomogą w
tworzeniu specjalnego programu, który ma łagodzić społeczne
skutki likwidacji wielkiego zakładu pracy. Ustalono też
mechanizmy finansowania przez zagranicę wydatków na modernizację
innych pracujących reaktorów jądrowych. Umowa
przewiduje międzynarodowe współdziałanie nie tylko przy wyłączaniu
czarnobylskiej elektrowni, lecz i przy najtrudniejszym zadaniu -stworzeniu
nowej, trwałej i ekologicznie bezpiecznej konstrukcji w miejsce
sarkofagu, który przykrywa ruiny czwartego bloku
czarnobylskiego.
Dziesięciopiętrowy sarkofag zbudowano z betonu i wielkich płyt
metalowych. Grubość jego ścian przekracza 6 m, a trwałość
całej tej konstrukcji oceniono na 30 lat. Wznoszono ją jednak w
wielkim pośpiechu, w warunkach silnego promieniowania, co
oznacza kiepską jakość wykonanych robót - już dzisiaj
sarkofag pilnie wymaga naprawy. Stal skorodowała, popękało
ponad 1000 m2 betonu. Do wnętrza może przenikać deszcz i śnieg.
W przypadku zawalenia się budowli (choćby na skutek trzęsienia
ziemi) gruzowisko stałoby się źródłem
radioaktywnego pyłu.
W poszukiwaniu najlepszego długofalowego rozwiązania rozpisano
w 1993 roku międzynarodowy konkurs. Do dalszej oceny wybrano 6
najbardziej obiecujących projektów spośród 94 nadesłanych.
Rok później konkurs został rozstrzygnięty na korzyść
francuskiego konsorcjum Alliance, któremu przewodzi Campenon
Bernard. Zwycięski projekt zakłada budowę supersarkofagu wokół
już istniejącego. W przedsięwzięciu tym mają uczestniczyć
firmy francuskie, niemieckie, brytyjskie, rosyjskie i ukraińskie. Rozpoczęto
już wspólne prace nad założeniami techniczno-ekonomicznymi.
Jeśli projekt wejdzie w życie, materiały konstrukcyjne
kosztować będą 20-30 min dolarów, same zaś prace budowlane,
które zajmą 5 lat, ponad 300 min. Natomiast ostateczne
zebranie radioaktywnych pozostałości po katastrofie zajmie 30
lat. Jeden z projektów przewiduje uwięzienie odpadów w
specjalnym szkle.
Katastrofy w Czarnobylu nie można zaliczyć do takich kataklizmów,
jak pożary, trzęsienia ziemi lub powodzie, które od
wieków nękały ludzkość. Jest to globalne zjawisko
ekologiczne zupełnie nowego typu. Mamy tu tysiące uchodźców,
długotrwałe skażenie ziemi, wody i powietrza oraz głębokie,
być może nieodwracalne zniszczenie ekosystemów. Czarnobyl to
przykład wzrastającego zagrożenia ze strony oszalałej
technologii, która potrafi wymknąć się spod kontroli.
Projektanci, którzy nie zadbali o zgodność z międzynarodowymi
standardami zabezpieczeń, ponoszą niewątpliwie nie mniejszą
winę niż operatorzy elektrowni. RBMK-1000 jest adaptacją reaktora
wojskowego, który niegdyś produkował materiał rozszczepialny
do broni atomowej. Nie wyposażono go w odpowiednio wzmocnione osłony,
by ograniczyć skutki ewentualnych awarii. Alarmujący jest fakt,
że takie same reaktory wciąż eksploatuje się na Ukrainie, Litwie i w
Rosji.
Katastrofa sprzed 10 lat to także przykład odpowiedzialności
spoczywającej na barkach naukowców i innych ekspertów, którzy
doradzają politykom w sprawach technologicznych. Co więcej, uważam,
że część winy ponoszą komunistyczne władze byłego ZSRR. Głasnost,
deklarowana przez ówczesnego prezydenta Michaiła S. Gorbaczowa,
nie przeszkodziła reżimowi zewrzeć szyki w daremnych i
szkodliwych próbach zatajenia ogromu tragedii. Katastrofa
czarnobylska stanowi przykład błędów popełnianych przez zmonopolizowane
środowiska polityczne i naukowe ZSRR. Nacisk na zachowanie
tajemnicy i upraszczanie układów anty-awaryjnych, minimalizacja
kosztów za wszelką cenę - to przejaw lekceważenia ogólnie
przyjętych zasad konstrukcji bezpiecznych reaktorów.
Tragedia w Czarnobylu powinna stać się ostrzeżeniem przed
budową elektrowni jądrowych w rejonach niestabilnych
politycznie, zagrożonych wojnami. Trzeba również pamiętać,
że wszystkie reaktory bez względu na lokalizację są
potencjalnym celem dla terrorystów. Narody świata mają za sobą
trudną lekcję. Wiemy, że musimy być odpowiednio przygotowani,
aby polegać na technologii jądrowej. 26 kwietnia 1986 roku
ludzkość w pewien sposób utraciła niewinność. Przeszliśmy
do "ery poczarnobylskiej" i musimy wyciągnąć
wnioski z tej katastrofy.
Ostatni działający
blok elektrownii w Czarnobylu został zamknięty 15 grudnia 2000r.
Cały świat odetchnął z ulgą. Miejmy nadzieję, że została
na zawsze zamknięta ta niechlubna karta historii świata.
Kijów domagał się, by oprócz sfinansowania zamkniecia
Czarnobyla Zachód zapłacił za budowę dwóch nowych blokow w
elektrowniach atomowych w Rownem i Chmielnickim. Amerykanie dali
na razie 78 mln dolarów na konserwację sarkofagu nad IV blokiem
elektrowni, ktory wybuchł w kwietniu 1986 r., i dwa
miliony na poprawę bezpieczenstwa w innych elektrowniach.
Tymczasem premier Wiktor Juszczenko ogłosił, ze samo zamknięcie
Czarnobyla będzie kosztować 500 mln dol. Niemal drugie tyle
potrzeba na konserwację sarkofagu i 400 mln na utworzenie nowych
miejsc pracy dla ponad 4 tys. pracowników elektrowni - w sumie
prawie 1,5 mld dolarów.
W budżecie ukraińskim na rok 2000 rząd na zamknięcie
Czarnobyla przeznaczył zaledwie 20 mln dol. Członkowie
delegacji amerykańskiej mówili nieoficjalnie, że planowana na
początek lipca konferencja donatorów z państw G7 w Berlinie
zakończy się sukcesem, jeżeli uda się zebrać 750 mln dolarów,
czyli połowe potrzebnej sumy. Budowa nowych bloków w Rownem i
Chmielnickim ma kosztować kolejny miliard dolarów. Amerykanie proponują,
by sfinansował ją Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju.
Sprzeciwiają sie temu Niemcy, którzy nie zgadzają sie na
rozbudowę energetyki jądrowej na Ukrainie.